Strach przed powołaniem

Zamyślenia młodego człowieka...

Tyle myśli w głowie każdego dnia, uczucie szczęścia mieszające się z uczuciem strachu. Czy to normalne, czy tak powinno być? - zastanawiam się każdego dnia. W zasadzie człowiek, który chce wstąpić do seminarium, jest chyba szczęśliwy, dąży do tego z całych sił swoich i odlicza dni do przekroczenia jego murów, co dzień. A ja siedzę i myślę czy to jest dla mnie, czy to jest to, czego chcę. Kiedy byłem na rekolekcjach w Poznaniu zapytał się mnie ksiądz, czy chcę być księdzem, a ja nie wiedziałem co powiedzieć. Kiedy zadaję sobie to pytanie zaczynam myśleć o tym czy tak naprawdę ważne jest to, co ja chcę, czy to, czego oczekuje ode mnie Bóg?

W Ewangelii Mateusza jest napisane, że gdy Jezus zaczął mówić o tym, że w najbliższej przyszłości będzie cierpiał, że będzie zabity a potem zmartwychwstanie Piotr zaczął mu czynić wyrzuty. Jezus powiedział do niego "...nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie." Miał Jezus rację. Człowiek tak naprawdę nie zna Boga. Owszem posiadamy na Jego temat dużo informacji, ale przecież nikt z nas nie widział Boga tak naprawdę, na żywo. Wierzymy, że Bóg jest z nami cały czas, że towarzyszy nam w trudnych sytuacjach życia, kiedy się boimy, kiedy jesteśmy sami, smutni, przygnębieni. Ale to wszystko opieramy na wierze, na przeczuciach, wyobraźni. Boga, raj, aniołów, możemy sobie tylko wyobrazić, zobaczyć na obrazach jak inni wyobrażają sobie raj, aniołów. To nie oznacza, że nie wierzymy. Ale wiele rzeczy jest takich trudnych, do zrozumienia, wytłumaczenia. Gdybym rozmawiał z ateistą, sam nie potrafiłbym go przekonać do wiary. Choć może to dziwne, to wydaje mi się, że czasami tęsknię za Panem Bogiem. Chciałbym kiedyś tak choćby przez chwilę poczuć Jego obecność, tak jak czuję obecność innych ludzi, kiedy idę ulicą lub kogoś, kto siedzi ze mną w pokoju - brakuje mi tego czasami. A może z drugiej strony to dobrze? Bo po pierwsze nie umiałbym bez Niego wytrzymać, gdybym poczuł jak to jest być z Nim, a po drugie, kiedy Go spotkam tak naprawdę, w sposób realny, to bardziej docenię Jego obecność? Nie mniej jednak gdyby człowiek znał Boga tak np. jak znali Go apostołowie czy aniołowie, to nie czułby takiego strachu jak ja, strachu przed powołaniem, strachu przed tym, czego oczekuje od niego Bóg. Bóg, który przecież człowieka bardzo kocha i nie chce człowieka skrzywdzić. Nie myśleliby wtedy o tym, co ludzkie, ale myśleliby o tym, co Boże. A ja się boję, chcę za Nim pójść, ale się boję. Boję się, że nie wytrzymam, że Boga zawiodę, że nie dam rady. Przecież ja jestem słaby, grzeszny, leniwy i taki hm... nie wzorowy, nie poprawny. A jednak Bóg czegoś ode mnie chce. Szatan woła nie idź, nie słuchaj, myśl o sobie, rób to, co ty chcesz!!! Ja chciałem służyć w Straży Pożarnej jak mój tata, chciałem być policjantem, żołnierzem, ja chciałem...

Kiedy widzę jak strażacy jadą na sygnale ratować ludzkie życie, kiedy słyszę jak dzwonią dzwonki alarmowe, chcę wsiąść razem z nimi do wozu i jechać do akcji. Kiedy widzę patrol policji, chcę założyć mundur, zapiąć pas, broń do kabury i na interwencję wprowadzać pokój i pilnować porządku, dbać o bezpieczeństwo. "Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi". Chcę założyć mundur i hełm z orłem w koronie, karabin na plecy i strzec polskich granic.

Chcę, chcę, chcę... A czego chce ode mnie Bóg? Żebym zostawił swoje marzenia, żeby szedł do ludzi, którzy są źli, zawistni, którzy choć się modlą, tak naprawdę nie lubią ani księży, (których uważają za zachłannych, fałszywych i samolubnych egoistów), ani kościoła. "Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie, więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!". Bóg mnie woła, a ja myślę o tym, co ludzkie, a nie myślę o tym, co Boże. Czasami chcę zapomnieć, zostawić, uciec... Ale kiedy widzę księdza, kościół, kiedy, mimo, że mi się nie chce modlić, kiedy szatan odciąga mnie od modlitwy, a ja i tak się modlę, wtedy coś się we mnie odzywa, wtedy coś się ze mną dzieje, wtedy coś się zaczyna dziać z moim sercem, umysłem...

Wtedy czuję, że moje istnienie nie jest obojętne Bogu, że On mi towarzyszy, że mnie kocha, woła mnie i chce abym za nim poszedł. Czuję, że Bóg dodaje mi sił, że "coś" nade mną czuwa, że mnie pilnuje. Przechodzi wtedy niechęć, nie słyszę głosu szatana, ogarnia mnie wtedy radość, której nie da się wytłumaczyć, jakąś zwykłą przyczyną. Jestem wtedy wesoły i czuję w sobie dużo miłości, czuję, że mam siłę do kochania innych, czuję... Ale potem znowu wraca niechęć i strach, strach przed powołaniem.

Boguś

Panie, proszę Cię gorąco: wlej Twoje światło w moją duszę, a rozpoznam jasno drogę, którą chcesz mnie prowadzić, abym Ci służył tak, jak Ty tego pragniesz. Prowadź mnie drogą, którą mi wyznaczyłeś. Okaż mi Twoją wolę i daj mi siłę i moc, bym mógł wytrwale pójść za Tobą. Jeśli taka Twoja wola, bym jako kapłan lub brat zakonny służył Polakom na emigracji – poślij mnie! Amen.